Grażyna
Grzegorska-Wolin
1952-2025
To było dokładnie rok temu. Nie pamiętam, jaki to był dzień tygodnia
i jaka pogoda. Pamiętam i zawsze będę pamiętał to, co się wtedy wydarzyło.
Od wielu dni niewyobrażalnie cierpiała. Jej stan dramatycznie się pogarszał.
Choroba niszczyła jej organizm, choć lekarze wypisywali kolejne recepty.
Przestała się uśmiechać. Gasła z każdym dniem.
Tamtej nocy udręczona, krucha, smutnooka wtuliła się we mnie.
Objąłem ją najdelikatniej jak mogłem, choć chciałbym przytulić
bardzo mocno. Mężczyzna i kobieta, oboje w ósmej dekadzie życia,
przytłoczeni postępami jej choroby, potrzebowali czułości.
Ani przez chwilę nie pomyślałem, że to może być nasza ostatnia noc.
Na pewno ona też o tym nie myślała, przecież nie zamierzaliśmy
rozstawać się tej nocy, mieliśmy ją po prostu przespać.
Szeptaliśmy więc właściwie o niczym. "Ale masz długą brodę",
"rano ją zgolę". To ostatnie wyszeptane przez nas słowa.
Ta noc nas zdradziła, pozwoliła okrutnej chorobie mi ją odebrać.
Nie obroniłem jej. Byłem przy niej, a nie zrobiłem nic, żeby temu zapobiec.
Ale - czy mogłem cokolwiek zrobić? Czy ktokolwiek mógłby coś zrobić?
Patrzyłem na nią w milczeniu, w bezruchu, nie roniąc ani jednej łzy,
a przecież właśnie straciłem osobę nadającą sens mojemu życiu.
Emocje pojawiły się parę godzin później i już nie ma dnia bez nich.
Nie chcę, żeby zniknęły. Niełatwo być z nimi na co dzień,
ale dzięki nim ona wciąż jest w moim życiu.
Ona, kilka garści prochów w betonowej urnie, jest tam...
Ale, gdy siadam przy biurku, widzę ją na trzech zdjęciach stojących na półce.
Nie lubiła swoich fotografii. Uważała, że ma niefotogeniczną twarz,
bo na zdjęciach wypada gorzej niż w rzeczywistości.
Nie chciała być fotografowana. Na szczęście czasami jednak pozwalała na to
i dzięki temu teraz widzę jej oczy i usta, jej włosy, jej szyję, jej dłonie.
Na pierwszej fotografii czaruje uśmiechem, na drugiej mówi z przejęciem
do którejś z dawnych redakcyjnych koleżanek.
Na trzeciej - patrzy na osobę, która ogląda to zdjęcie.
Ta trzecia to jedna z ostatnich jej fotografii i jest wyjątkowa.
To selfie z września 2016 r. Dlaczego sama się sfotografowała?
Być może uznała, że nie będzie to dla niej tak stresujące jak pozowanie komuś innemu.
Na pewno nie zrobiła go dla siebie. Nigdy mi go nie pokazała.
Przypadek sprawił, że go odkryłem.
Teraz ten autoportret stoi na półce i ona patrzy na mnie a ja na nią.
Jej oczy błyszczą, ale to jej najsmutniejsza fotografia. Skąd ten smutek?
Zapewne ma związek z przemijającym czasem. Zestarzeliśmy się,
to było nieuchronne. Zwolniliśmy tempo życia, ale to wciąż byliśmy my.
Ci sami, którzy przed laty jako niespełna trzydziestolatkowie
rozpoczęli swoją historię.
Jedna rzecz nie zmieniła się, wciąż najważniejsza była noc,
bo wtedy byliśmy najbliżej siebie. Fizycznie lub emocjonalnie, w milczeniu lub szeptem,
w półśnie lub we śnie. Nie wyobrażałem sobie nocy bez niej, ale od roku
noc jest moja i pustego miejsca. W ciemności kładę się obok niego
i próbujemy, ja i moja beznadziejna tęsknota za nią, jak najszybciej zasnąć.
Tęsknota... na tym pustym miejscu.
Andrzej