Grażyna
Grzegorska-Wolin
1952-2025
Pierwszy cud był wtedy, gdy Grażyna się urodziła.
Krew jej rodziców była w konflikcie, śmiertelnie groźnym dla potomstwa.
Była ich jedynym dzieckiem, które przetrwało ciążę i miało szansę żyć.
Nie było pewności, że tak będzie.
Babka Bronisława, matka jej ojca, bardzo bogobojna, czym prędzej ją ochrzciła z wody,
bo życie maleństwa było zagrożone.
W dziewczynce była wielka wola życia, bo - wbrew wszystkiemu
- przetrwała nie tylko pierwsze godziny poza łonem matki.
Potem jeden dzień, drugi i każdy kolejny z pierwszych miesięcy jej życia.
Jej ojciec, w masce zasłaniającej usta i nos, chronił dziecko przed infekcjami.
W dzień i w nocy nasłuchiwał, czy nie płacze, czy jej sen jest spokojny, jak oddycha.
Zmieniał pieluchy, prał je i prasował.
Jej matka, jak każda kobieta w połogu, dużo odpoczywała, często spała,
unikała nadmiernego wysiłku fizycznego.
Grażyna opowiadała, że jej ojciec, który miał czterdzieści trzy lata, gdy się urodziła,
fikał z nią koziołki, skakał na skakance, grał w klasy.
Zachowywał się jak jej równolatek.
Dzięki niemu miała szczęśliwe dzieciństwo. Zostało ono zapisane na wielu zdjęciach,
bo ojciec lubił ją fotografować. Umiał to robić, a do tego miał używanego rolleiflexa,
co było wyjątkową fanaberią dla człowieka, który musiał liczyć się z każdym groszem.
Wyrosła na piękną dziewczynę. Studiowała matematykę i szukała miłości.
Gdy zmarł jej ojciec, musiała dalej żyć bez jego rad,
a bardzo ich potrzebowała.
Tyle wiem z jej rodzinnych opowieści, drugi cud miał już związek ze mną.
Marzyła o miłości na całe życie. To miało być tak: ona kogoś pozna
i pokocha, a on odwzajemni tę miłość.
Zostanie jej mężem, a ona będzie szczęśliwa.
Bezowocne poszukiwania sprawiły, że była emocjonalnie pokiereszowana przez chłystków,
którzy wykorzystywali sytuację. Uwodzili ją słowami rzucanymi na wiatr.
Dodawali puste gesty. Nie mieli pojęcia o prawdziwej miłości, oferowali jej atrapę.
To wiem z jej dokonywanych na gorąco wpisów do brulionu.
Gdyby nie one, nie miałbym pojęcia, ile cierpienia było w jej życiu.
I wtedy dobry los sprawił, że zetknęliśmy się w pewnej redakcji.
Pracowaliśmy w tym samym dziale.
Zauważyła mnie. Zaraz po przyjściu do pracy zaglądała do mojego pokoju.
Codziennie. Wydawało mi się, że sprawdzała, czy jestem.
Czułem, że bardzo chciała, żebym był.
Byliśmy ciekawi siebie nawzajem. Lubiliśmy rozmawiać ze sobą.
Bardzo często szukaliśmy się wzrokiem, uśmiechaliśmy się do siebie.
A te uśmiechy miały wielką moc, bo przybliżały nas do siebie.
Nie spotykaliśmy się poza redakcją. To, co działo się w niej,
było czymś w rodzaju biurowego flirtu.
Bardzo chciałem być z nią, ale nie wierzyłem, że to możliwe.
Kudy mnie do niej, ja byłem najzwyklejszym śmiertelnikiem,
a ona... och, ona była niezwykła.
Pewnego sierpniowego dnia 1980 roku zaprosiła mnie po pracy do siebie na herbatę,
mieszkała blisko redakcji. Rozgadaliśmy się, wpatrzeni w siebie.
Tak nie zachowują się ludzie sobie obojętni, coś się z nami działo.
Była zaskoczona, gdy nagle zapytałem, czy wyjdzie za mnie.
To były, wywołane nagłym impulsem, spontaniczne oświadczyny.
Odpowiedzią mogło być obrócenie wszystkiego w żart,
a było jej szybkie "aha".
Pamiętam to doskonale, bo takich chwil się nie zapomina.
Tyle lat czekałem na kogoś takiego jak ona, tyle lat na nią czekałem.
A ona opisała to tak:
"A więc nie śpię, nie jem i kocham. Tak, tak, tak. I piszę".
Po kilku miesiącach byliśmy małżeństwem, mieliśmy namiastkę domu
w postaci małego mieszkania, bardzo brakowało nam dziecka.
Chciała je urodzić jak najszybciej,
żeby ostatecznie zamknąć zły czas w swoim życiu.
Mijał miesiąc za miesiącem, a ciąży nie było. Moja wizyta u androloga.
Nie zauważył niczego niepokojącego. Jej wizyta u ginekologa. I...
"Nie wierzę temu lekarzowi, że będzie mi bardzo trudno zajść w ciążę.
Nie chcę i nie mogę w to uwierzyć".
Seria wizyt w gabinecie najlepszego ginekologa. Lekarz zalecał
gorące kąpiele z jakąś solą. Następne leki. Cierpliwie znosiła wszystko,
by zostać matką.
I.. to był piękny, słoneczny dzień. Na zawsze zachowam w pamięci
obraz Grażyny wychodzącej z poradni i idącej w moim kierunku
szybciej niż zwykle.
Teraz była ona, a w niej było ono. Jak chronić ją, jak chronić życie,
które w niej zaczęło się rozwijać?
"Muskasz palcami skórę, tak by nie dotknąć za mocno,
dotykasz mnie oczami..."
to z jej wiersza.
I, gdy zbliżał się termin porodu, lekarza zaniepokoiło wysokie ciśnienie jej krwi.
Uznał, że nie można ryzykować i skierował ją na oddział
patologii ciąży w warszawskim szpitalu.
Byłem u niej codziennie, wspierałem, jak mogłem. Gdy w szpitalu
odkryto groźne bakterie, obydwoje byliśmy przerażeni.
Lekarze uspokajali, ale pacjentki uciekały do innych szpitali.
Grażyna lada dzień miała rodzić. Musieliśmy mieć pewność,
że nic nie będzie groziło jej i dziecku.
W piotrkowskim szpitalu pracował jej stryj, doświadczony ginekolog
i położnik. Zatelefonowałem do niego. Powiedział, żebyśmy przyjechali jak najszybciej.
Tylko kierowca taksówki, którą jechaliśmy, był spokojny.
Grażyna od razu trafiła do szpitala. Nie chciała, żebym był przy niej.
Długi spacer po nocnym Piotrkowie. Padał deszcz, szarpałem się
z myślami. Później próbowałem spać w gabinecie ginekologicznym
w domu stryjostwa, bo tam przygotowano mi posłanie.
Rano pobiegłem do szpitala, do niej i do naszej córki.
Obydwie były w bardzo dobrej formie, dzielne i piękne.
Tamtej nocy, wraz z dzieckiem, narodziła się Grażyna matka.
Takie były dwa cuda jej narodzin.
Andrzej