Grażyna
Grzegorska-Wolin
1952-2025
Kiedyś Grażyna powiedziała mi, że ją uratowałem.
Zaskoczyło mnie to, bo nie przypominałem sobie
jakiejś dramatycznej sytuacji z naszego życia.
Nie powiedziała nic więcej, ja nie pytałem.
Jak każda dziewczyna marzyła o wielkiej miłości.
Marzyła też o mężu na całe życie, którego będzie kochała a on ją.
Jej atutem, a zarazem przekleństwem, była uroda.
Przyciągała i odpychała, chcieli jej i bali się jej.
"Nikt nie chce się we mnie zakochać.
Może się nawet podkochują, ale gdzie jest ten,
w którym bym mogła się zakochać?".
Wielu próbowało ją zdobyć, niewielu - pokochać.
Na uczelni, na prywatce, w redakcji, w drukarni
("dyżury reporterskie, gdy muszę się opędzać, to dla mnie męka")
obejmowali ją, odgarniali włosy z czoła.
Wyszarpywała się z takich rąk.
Ona wiedziała, że niełatwo ją pokochać.
"Trzeba mieć olbrzymią siłę, żeby się przeze mnie przebić,
przez ten mój charakterek narzucający,
wręcz wymuszający na innych moje zdanie".
Nie każdy miał odwagę sprawdzić swoją siłę.
"Wiedzieli, że jestem niezwykła i to było fajne,
ale mieć kogoś takiego na codzień to straszne, bali się".
"Mnie trzeba unieść".
Chcieli tylko kilkunastu dni, kilku tygodni lub miesięcy z nią.
Był jednak ktoś, z kim związała swoje marzenia i plany życiowe.
Przez dziesięć lat z przerwami, nawet paroletnimi.
Były rozstania i były powroty. Sama przyznawała, że to dziwne lata.
"Dobrze mu jest ze mną, ale nic więcej. A ja? Ja go chcę na całe życie".
Marzyła, że "on przyjdzie i powie, że mnie kocha i żebyśmy się pobrali.
I ja będę płakać ze szczęścia".
Ale on kiedyś powiedział, że każda wielka miłość musi się skończyć nieszczęściem
i nie powinni dążyć do zmiany tego, co jest.
A w ogóle, po jakimś czasie, następuje "przytarcie doznań,
nie czuje się ich tak jak na początku". Uważał też, że jeśli nie znajdzie
się wszystkiego w jednej dziewczynie to można mieć dwie.
W kwietniu 1976 r. miał dla niej radę.
"Potrzebny jest ci ktoś taki, jak ja przed trzema laty.
A ja zasmakowałem wolności i teraz tego nie zaprzestanę".
Nie zamierzał jednak zaprzestać spotkań z nią.
Telefonował, gdy miał ochotę.
Nie raz chciała mu się postawić. "Za którymś razem coś mu powiem",
"ostatnio mu powiedziałam, że nie będę na każde jego zawołanie",
"nie mam tyle siły, żeby powiedzieć parę słów,
umiem tylko w milczeniu cierpieć", "tyle mu naopowiadałam,
jak trzeba traktować dziewczynę". Ale, gdy telefonował, ona...
"jestem dla niego gotowa lecieć na drugi koniec świata",
"jak pies jestem mu wierna", "nie czekam na niego... chociaż,
gdyby tylko kiwnął palcem".
On to wiedział, odkrył klucz do niej. I uzależnił od telefonu.
Na pozór była beztroską, w rzeczywistości - samotną smutną dziewczyną.
W ostatnim dniu 1979 r. wiedziała, że on nie zadzwoni.
"Poczułam, że mam ochotę skoczyć z okna, żeby był koniec.
Byłam bliska od podjęcia tej decyzji". Po kilkunastu dniach napisała
"jak długo może być tak źle, że żyć się nie chce".
Już wcześniej miewała czarne myśli.
W 1976 roku "powiedziałam mu: czuję, że źle skończę",
w 1978 r. napisała "czy długo jeszcze wytrzymam?"
Czy pojawiając się w jej życiu zapobiegłem dramatowi?
Była nowa w redakcji. Widziałem ją parę razy w drukarni, w redakcji nie,
bo - różne działy, inne piętra. Od 1979 roku zacząłem pracować
w tym samym dziale. Byłem zaskoczony, gdy zobaczyłem tam
tę dziewczynę. Była dla mnie nieosiągalna, tak myślałem.
W redakcji było kilku donżuanów (paru od razu wyciągnęło po nią ręce)
a ja nie miałem odwagi, żeby do niej się zbliżyć.
Teraz wiem, że i ona zerknęła na mnie.
I napisała "Podobał mi się Andrzej Wolin przez dwa dni",
"Na Andrzeja Wolina patrzę i nic nie widzę", po kilkunastu dniach
"On od początku mi się podoba, pociąga, "feromony"?
Znowu wiem, że to nie ten, ale pociąga. Czemu?" A po prawie roku...
"Bardziej mnie ciągnie do niego niż do jakiegokolwiek chłopaka,
który mi się od długiego, długiego czasu podobał".
Ja to wyczuwałem. Spojrzenia niezwyczajne, uśmiechy,
rozmowy zawodowe, rozmowy o wszystkim i rozmowy o niczym.
Przyglądaliśmy się sobie w różnych sytuacjach.
Gdybym wiedział, że jest z kimś związana,
pewnie porzuciłbym marzenia o niej. Na szczęście nie wiedziałem.
A on zapewne nie przypuszczał, że blisko niej pojawił się ktoś,
kto może mu ją odebrać. Byłem już bliski tego, ale spotkała go na ulicy
i znów był powrót. W maju 1980 roku pisała, że to nie był koniec z nim
i "było we mnie błaganie, żeby mnie chciał".
Wydarzyło się jednak coś, nie napisała co, co sprawiło, że zerwała z nim.
Czy byłby kolejny powrót aż do zupełnego,
jak to on określał, zatarcia doznań?
A ja chciałem być z nią przez całe życie. Po paru miesiącach to,
co tak bardzo chciała usłyszeć od niego, usłyszała ode mnie.
Była zaskoczona, ale... "Czułam, że to musi wybuchnąć i wybuchnęło
a ja jestem nieprzytomna". Pod koniec października 1980 roku
był nasz ślub. "Jakie to szczęście, że zwrócił na mnie uwagę,
że mnie kocha, jeszcze tylko dziecko i pełnia szczęścia i już życie się spełniło
i już można powiedzieć, że to wszystko jest piękne".
W naszym małym mieszkaniu nie mieliśmy telefonu i nie było w nim miejsca
dla duchów tych, którzy próbowali ją zdobyć jak jakieś trofeum.
Ranili ją i czmychali zostawiając samą, poranioną.
Te duchy prześladowały ją u matki, gdy z nią mieszkała.
Kiedyś on tam przyszedł i żałował, że jej nie było.
Kochała mnie, ale uważała, że "pierwszej miłości nigdy się nie wyzbędzie,
że ona zostaje na zawsze, gdzieś na dnie". Jej miłość.
Marzyła o mężu na całe życie,
ja byłem przy niej do jej ostatniego oddechu.
Andrzej